Małopolski NFZ zaczął promować rodzinne przeszczepy nerek. To piękna idea i akcja, jest tylko jeden problem: żaden ośrodek w regionie nie pobiera narządów od żywych dawców i ich nie przeszczepia!

Kampania Funduszu promująca rodzinne dawstwo, np. nerek, jest profesjonalna i ma rozmach. Chodzi tu o to, żeby przekonać jak największą liczbę osób, żeby oddały nerkę do przeszczepu swoim bliskim, którzy bez operacji skazani są na lata dializ. Czyli postąpili tak, jak znany kick bokser i celebryta Przemysław Saleta, który ofiarował nerkę swojej córce.

Hasło „Lubię się dzielić” jest na parasolach, ścianach budynków, ulotkach rozdawanych przez policjantów. – Do promocji akcji wybraliśmy niekonwencjonalne metody komunikacji. Facebook, projekcje multimedialne osadzone w przestrzeni miasta, zdjęcia popularnych osób, happeningi, słoneczne koszulki i parasole na październikowo-listopadową pogodę, naklejki dla motocyklistów i kierowców samochodów. Wsparliśmy je zarazem akcją plakatową i ulotkową, przesłaliśmy także do wydziału edukacji projekt lekcji wychowawczej – wyjaśnia Barbara Bulanowska, dyrektor małopolskiego oddziału NFZ.

Ideę dzielenia promować warto. Problem w tym, że w regionie nie bardzo jest się gdzie tym narządem podzielić. – W Krakowie nigdy nie było przeszczepu narządu od jednej żyjącej osoby do drugiej – potwierdza Piotr Przybyłowski, konsultant wojewódzki ds. transplantologii. Podobno nie ma bazy, specjalistów, po prostu – nikt nie próbował, choć to akademicki ośrodek medyczny.

Widziałem różnicę pomiędzy Warszawą a Krakowem

Popatrzmy na tę sytuację z punktu widzenia pacjenta, pana Marka Thiere. Przeszczep nerki miał w zeszłym roku. – Zaprosili mnie na konferencję naukową nt. przeszczepów do Szpitala im. Jana Pawła II w Krakowie. Wchodzę, a tam siedzą już sami wielcy i każdy ma coś bardzo mądrego do powiedzenia. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem: skoro już tak wszystko wiecie, to dlaczego w Krakowie nie ma przeszczepów? Ja musiałem na operację jechać do warszawskiego szpitala na Banacha. Widziałem różnicę pomiędzy Warszawą a Krakowem w podejściu do chorych: tam nie ma układzików, tylko się przeszczepia. A tu? – sami wielcy, tylko robić nie ma kto! – opowiada rozgoryczony.

Pan Marek krytycznie ocenia poziom krakowskiej medycyny i ma powody. Od 1993 roku miał ataki bólu głowy, po treningach sikał krwią. Trafił do kliniki urologii Szpitala Uniwersyteckiego. Diagnoza brzmiała uspokajająco: kolka nerkowa. Jego stan zdrowia ustawicznie się pogarszał, dekadę później lekarz z innego szpitala zdiagnozował ciężkie uszkodzenie nerek i skierował na dializy. – Na ratunek dla moich nerek było już za późno. Dializy to wegetacja. Byłem ciężko chory, posypało mi się życie rodzinne. Miałem jednak szczęście – dostałem od mamy drugie życie. W moje 40. urodziny oddała mi swoją nerkę. Od dnia operacji odżyłem. Odbudowuję relacje z rodziną, chcę działać na rzecz chorych – takich jak ja – opowiada.

Jego historia to idealna ilustracja dla akcji NFZ. Warto promować rodzinne dawstwo nerek, bo przeszczep pozwala wrócić do życia. Problem w tym, że krakowska medycyna takiego leczenia nie oferuje pacjentom. – Ja się przeciwko temu buntuję i jako pacjent mam prawo, a nawet moralny obowiązek protestować. Ludzie cierpią i umierają, bo nie ma kto operować. Pytałem lekarzy ze szpitala na Banacha, czy mogą pomóc Krakowowi. Mówili, że chętnie pomogą, nauczą, pokażą. Odzewu na tę propozycję nie było – opowiada pan Marek.

Narząd idzie do piachu

Warto przypomnieć słowa lekarza wojskowego z wrocławskiego szpitala – kapitana Zbigniewa Sycza, który miał odwagę powiedzieć prawdę, jak to jest z tymi transplantacjami. Pytany, czy zdarzało się, że miał dawcę, rodzina zgodziła się na pobranie narządów, a żaden szpital nie chciał ich przyjąć, odpowiedział: – Nieraz. Najczęściej słyszę, że nie uda się zebrać zespołu, który mógłby po narząd przyjechać. Bo zasada jest taka, że organ pobiera chirurg z tego szpitala, który będzie go przeszczepiał. Zespół, który przyjeżdża, powinien dostosować się do pracy szpitala, z którego pochodzi dawca. A u nas większość chirurgów transplantacyjnych mówi tak: „Jest godz. 13, orzeczenie śmierci mózgu będzie o 18, to przyjedziemy jutro o 10 rano”. Gdy mówię: „Nie, pobranie ma być dzisiaj w nocy, bo najważniejszym czynnikiem jest czas”, wycofują się. I narząd idzie, brzydko mówiąc, do piachu. Słyszałem też, że nie ma biorcy, który by się nadawał albo że biorca jest, ale nie został odpowiednio przebadany, więc w ostatniej chwili trzeba go odrzucić.

W Krakowie liczba przeszczepionych nerek od martwych dawców z roku na rok jest coraz większa. Przeszczepy serca to dramat. W zeszłym roku było ich zaledwie 10, w tym roku – 8. Ościenna klinika – w Zabrzu – rocznie wykonuje ich około 50!

Wracając do pomysłu NFZ: propagować rodzinne przeszczepy trzeba i warto. Szkoda tylko, że krakowska medycyna nie ma nic ciekawego do zaoferowania ewentualnym beneficjentom tej akcji.

red: Iwona Hajnosz
źródło: Gazeta.pl Kraków