Młoda, ładna kobieta w ciągu kilku godzin staje się roślinką, która nie przeżyje bez specjalistycznych urządzeń medycznych i opieki innych. „Gdy po 10 latach od tamtych wydarzeń czytam orzeczenie komisji lekarskiej o moim stanie zdrowia, nie mogę uwierzyć, że właśnie mnie przytrafiła się ta cała historia. Ale ja jestem I chcę być…” – zaczyna swoją opowieść lwona.

Iwona Mazur pracowała jako przedstawiciel medyczny zachodniej firmy farmaceutycznej, która wówczas bardzo prężnie rozwijała się na polskim rynku. Miała w pracy wiele sukcesów, a co najważniejsze, bardzo ją lubila. Ciągłe wyjazdy, spotkania z ludźmi, duże wyzwania – to wszystko pociągało ambitną, inteligentną, energiczną, kobietę. Jak wspomina, w domu bywała rzadko. Ciągle była w drodze. Miała to szczęście, że lubila jeździć samochodem. Zawsze tez uważała siebie za dobrego kierowcę.

6 lipca 1995

W życiu Iwony był to dzień, który przeniósł ją na przeciwny biegun życia – zaradna, przedsiębiorcza kobieta nagle znalazla się w stanie zupełnej bezradności i niesprawności. Zupełnie nie pamięta tego momentu.
Wracała z podróży służbowej. Prawdopodobnie na drogę wyskoczył pies, a ona odruchowo odbiła, by go nie potrącić. Z naprzeciwka nadjeżdżała ciężarówka…

Obrażenia były na tyle poważne, że w tamtym momencie nikt nie miał nadziei, że Iwona jeszcze kiedyś będzie samodzielna. Niewielu wierzyło, że przeżyje.
Miała przede wszystkim poważny uraz głowy. Tuż po wypadku przeszła trepanację czaszki. Wiadomo było, że będą konsekwencje neurologiczne. Nikt nie był w stanie określić, na ile poważne. Lekarze obawiali się, że na lewe oko może już nigdy nie widzieć. Miała pękniętą szczękę i całkowicie zmiażdżony lewy łokieć. W związku z tym długo dostawała silne leki przeciwbólowe.
Gdy po kilku miesiącach odzyskała świadomość, okazało się, że występuje u niej połowiczny niedowład jednostronny i niedowidzenie połowiczne lewostronne. Nawet najlepsza rehabilitacja nie mogła zagwarantować cudu…

Ironia losu

Kilka pierwszych miesięcy od odzyskania świadomości to czas najtrudniejszych pytań, jakie sobie zadawała. Nie potrafi myśleć, że to było przeznaczenie, że tak musiało się stać.
– Takiej sytuacji, jaka mi się przytrafiła, nie można zaakceptować – wyznaje dziś.
Czegoś takiego nie można przyjąć. Wszystko się nagle zmieniło.
– Jak na ironię zdobyłam trzy różne zawody – mówi.
Skończyła medycynę, później ekonomię, ale ma również wykształcenie muzyczne. Dziś z tej wiedzy nie może korzystać. Jedyne, co się przydaje, to znajomość angielskiego.

Pierwsze wiosenne kwiaty

Rehabilitacja Iwony była bardzo długa i żmudna. Najpierw pobyty w ośrodku rehabilitacyjnym w Raptach Śląskich, dzięki ktoórym zaczęła sprawniej chodzić. Później ćwiczenia w Krakowskim Centrum Rehabilitacji.
– Ćwiczenia były trudne i bolesne, ale to normalne, że się nie buntowatam. Robiłam to dla siebie. Bez tego zostałabym roslinką.
Jej ówczesna rehabilitantka Teresa Radzikowska wspomina:
– W którymś momencie, a była to wiosna, Iwona zaczęła inaczej myśleć o sobie. Zdecydowała, że będzie kierowała własnym życiem, że sama będzie przychodziła na rehabilitację, zajmowała się domem, że będzie chodziła do przyjaciół. Żeby udowodnić mi, że jest sprawna i daje sobie radę, przyniosła do ośrodka pierwsze wiosenne kwiaty. Były to małe, niezgrabnie pozbierane kwiatki, nawet zgniecione, ponieważ chciała to zrobić ręką, która była usprawniana.

Nie ma spraw przegranych

Człowiek, który znajduje się w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się Iwona Mazur, nagle konfrontuje się z całym swoim życiem. Wyraźnie zaczyna dostrzegać słabości i mocne jego strony.
Powrót do sprawności fizycznej, a przede wszystkim psychicznej równowagi to bardzo trudny proces, wymagający wewnętrznej determinacji. Bliski przyjaciel dr Paweł Dyras, wspomina, jak ciężkim okresem było dla Iwony odzyskiwanie przytomności. Jako lekarz często był przy niej obecny w szpitalu.
– Chyba bała się konfrontacji z rzeczywistością – wspomina.
Podkreśla też, jak wspaniale poradziła sobie z tym, co ją spotkało. Według niego Iwona po wypadku jest niezwykle cieplą osobą, nie zaakceptowała stanu, w którym się znalazła ale absolutnie wierzy on, że jest w stanie dać sobie radę mimo wszystkich przeciwności.
Iwona z kolei podkreśla, że nauczyła się doceniać to, co straciła, a później tak dużym nakładem pracy odzyskała.

ZDANIEM LEKARZA

Przypadek Iwony mógłby zakończyć się paraliżem – całkowitym brakiem możliwości poruszania grupami mięśniowymi. Wtedy byłaby skazana na wózek inwalidzki. Najczęściej tak właśnie kończą się podobne historie.

To co pomogło Iwonie, to przede wszystkim dobra rehabilitacja. Niestety, o taką bardzo trudno w Polsce przy obecnyrn stanie służby zdrowia. Nie doszłoby więc do niej, gdyby nie jej osobiste starania i zdobyte środki finansowe.

Drugim ważnym czynnikiem, który pomógł jej odzyskać sprawność, był duży wysiłek fizyczny, który sama zaczęta podejmować. Chodziła na długie, kilkukilometrowe spacery, czasami także po górach, jeździła nawet na nartach pod okiem instruktora.
Przy tym wszystkim Iwonie towarzyszyła zawsze niezwykła determinacja i wiara, że uda jej się powrócić do zdrowia.

lek. med. Paweł Dyras

Powrót z tamtego świata

Iwona, pracując jeszcze jako przedstawiciel medyczny, była niezwykle szanowanym i docenianym pracownikiem firmy. Wiele osób ze środowiska zawodowego pomogło jej po wypadku. Wspomina, jak została zaproszona na jedno z firmowych przyjęć. Była zdziwiona, jak duże zainteresowanie wzbudziła wśród gości.
– Patrzyli na mnie jak na osobę, która wróciła z tamtego świata – mówi ze śmiechem.

Wtedy też dostała propozycję pracy. Jej przyszły szef miał pomysł założenia sieci prywatnych stacji dializ i potrzebował kogoś „do otwierania drzwi”, czyli swojej prawej ręki. Stwierdził, że Iwona jest najlepszą osobą, by mu pomóc.
Praca pomogła jej psychicznie się odbudować.
– To okazało się dla mnie bardzo korzystne – wspomina. – To była rehabilitacja i fizyczna, i psychiczna.
Cieszyła się, że może być pomocna, że robi coś wartościowego i widzi efekty swojej pracy.

Jaś

Ciąża, a później naturalne urodzenie dziecka były dla niej prawdziwym zaskoczeniem. Miała już prawie 40 lat i zmiany hormonalne na skutek wypadku. Nigdy wcześniej nie wyobrażała też sobie siebie w roli matki.
– Miałam bardziej osobowość mężczyzny niż kobiety – wyznaje.
O dzieciach wiedziała niewiele i bała się porodu (najbardziej o bezpieczeństwo dziecka w związku z niedowładem lewej połowy swego ciala). Nie wyobrażała sobie rodzić inaczej. niż przez cesarskie cięcie. Miała dużo szczęścia. Zajął się nią bardzo dobry lekarz, który mądrze poprowadził do naturalnego porodu. Jest mu za to ogromnie wdzięczna. Rozpiera ją duma z synka. Jest zdrowym, energicznym chłopcem.
– Jasiek wyrównuje szalę całego zła w moim życiu – wyznaje Iwona.
Kiedyś myślała, że najgorszym nieszczęściem był dla niej nie sam wypadek, ale to, że przeżyła. Jaś odgonił od niej wszystkie tego typu myśli.
– Teraz czuję się potrzebna i mam dla kogo żyć.

Kategoria bliska cudu

Doktor Paweł Dyras ma swoją ocenę wszystkiego, co spotkało Iwonę.
– Ciągle jest we mnie żal, że stało się to, co się stało – mówi – ale z punktu widzenia medycznego przypadek Iwony jest prawdziwym cudem. To przykład tego, że jak się bardzo chce, można pokonać wszelkie przeciwności. Dla mnie to absolutna rewelacja.
Iwona jest dumna z tego, jak radzi sobie z tą sytuacją.
– Mam świadomość jak dużo pracy w to włożyłam i widzę efekty – wyznaje.
– Ale ja dalej walczę, żeby było lepiej, nadal staram się na różne sposoby coś zmienić i wierzę, że mi się to uda.

Źródło: Dodatek Nefrologiczny z okazji Światowego Dnia Nerek „Rzeczpospolita” – 08.03.2007
Dziękujemy firmie Janssen-Cilag Polska Sp. z o.o. za udostępnienie materiałów informacyjnych